|
Wszyscy przypisują winę rodzicom za problemy, jakie przeżywa młodzież, a także i za te, jakie młodzież stwarza dorosłemu społeczeństwu. Rodzice są winni zaburzeniom emocjonalnym i niewydolności życiowej - skarżą się psychologowie; politycy i pracownicy wymiaru sprawiedliwości także obwiniają rodziców, którzy ich zdaniem wychowali całe pokolenie niewdzięcznych, konspirujących, demonstrujących dzieciaków, zwłaszcza w subkulturach (jakby nie pamiętali, że też kiedyś byli w tym wieku). A gdy dzieci mają niepowodzenia w szkole albo stają się wagarowiczami, nauczyciele również twierdzą, że winę za te zjawisko ponoszą rodzice. I oczywiście mają rację do momentu, w którym obwinianie rodziców nie staje się usprawiedliwianiem porażek pedagogicznych, nieudolności nauczycieli zwłaszcza w pracy z grupą, np. klasową, kierowania się stereotypami wychowawczymi i nieaktualną wiedzą czy też braku kompetencji.
Szkoła postrzegana oczami rodzica przez pryzmat dziecka
Dziecko – wielka indywidualność, twórcza jednostka, spontaniczna osoba, dynamiczna w rozwoju…, takie pozostaje dopóki nie pójdzie do szkoły! Mam wrażenie, że tam przestaje być Jankiem Kowalskim a zaczyna być jednym z wielu uczniów klasy, szkoły. Zapomina się, że ten człowiek ma swoją osobowość, zainteresowania, tempo nauki i przyswajania wiedzy, większą lub mniejszą łatwość wchodzenia w relacje, integrowania się z klasą. Zapomina się, że jedną z niemal najważniejszych potrzeb jest przynależność do grupy rówieśniczej, potrzeba akceptacji, zauważenia „jestem w tej klasie, mam swoje wady i zalety, chcę być lubiany, chce być potrzebny itd.”- tak często wyrażane w sposób nie werbalny przez dziecko. Właśnie na etapie szkoły podstawowej nawiązują się i wzrastają kontakty z rówieśnikami, które wpływają na kształtowanie się dziecka. Tym, który ma wpływ na formowanie się relacji w grupie, zwłaszcza klasowej, która spędzi ze sobą kilka lat (w zależności od poziomu kształcenia) jest wychowawca, i każdy nauczyciel na swojej lekcji. Tak, prawda, nie można zaakceptować każdego zachowania, bo rzeczywiście ten często młody człowiek powinien swoją indywidualność uspołecznić (jest to proces rozwojowy), jednak zamiast piętnować, krytykować, oceniać czy etykietować (co w konsekwencji w postawie obronnej każdego człowieka może prowadzić do niechęci, agresji, fobii )warto znaleźć pozytywny punkt (umiejętność, zainteresowanie, zapał czy chęć do czegoś), w którym dziecko jest mistrzem a bez wątpienia, każdy człowiek jest w jakiejś dziedzinie mistrzem. Wręcz należy angażować, nakładać odpowiedzialność, motywować w różny sposób, zachęcać do działania (często wystarczy dobre słowo, pochwała- tak rzadkie wśród nauczycieli). Odnoszę wrażenie, że szkoła nie wychowuje ale na wszelkie możliwe sposoby próbuje „urabiać” młodego człowieka, żądając, by zachowywał się w ściśle określony sposób, najlepiej żeby milczał, miał zawsze dobry dzień, dobre samopoczucie, był zawsze i we wszystko zaangażowany, na przerwach siedział cicho na korytarzu, bo kiedy się przebiegnie po nim to uwaga brzmi „zagraża bezpieczeństwu, swojemu i innych uczniów”! i… znowu winny jest rodzic, notabene, wezwany z tego powodu do szkoły. Kiedy dziecko w szkole odnosi sukcesy, jest opanowane, z natury spokojne sukces szkoła przypisuje sobie (pisząc „szkoła” mam na myśli nauczycieli i administrację). Zupełnie przeciwnie rzecz dzieje się, kiedy uczeń jest z natury temperamentny, kiedy potrzebuje szczególnej uwagi, zainteresowania go rzeczą czy tematem - winny jest rodzic, rodzina! Obrazem niech będzie fakt, że nauczyciel często pracuje z 2-4 osobami w klasie- tymi spokojnymi, potocznie zwanymi „lizusami”, „faworytami” (łatwo to sprawdzić zwykłą ankietą skierowaną do uczniów czy tez porozmawiać z własnymi dziećmi), których traktują inaczej niż pozostałą część klasy, np. (z opowiadań dzieci z podstawówki) kiedy któryś uczeń z tych 2-4 nie odrobi pracy domowej to nauczyciel stwierdza „zdarzyło się” i jest gotów całej klasie darować ze względu na tych wymienionych, inaczej rzecz ma miejsce kiedy ktoś inny nie odrobi pracy domowej usłyszy „znowu …”, „ty to zawsze…” itd. i jedynka go nie ominie choćby tłumaczenie miał najbardziej logiczne, tego typu obrazów sytuacji jest więcej. Zastanawiam się, co odpowiedziałby, jak by się zachował, wychowawca klasy czy nauczyciel przedmiotu, gdyby dziecko postawiło pytanie takie jak rodzicowi „dlaczego ciągle tylko Maćka Pani wybiera…?”, „…czemu tylko dla Oli Pani jest miła?...”. To z pewnością nie jest motywujące do podejmowania działania przez dzieci. Każde, każde dziecko niesie w sobie potencjał tylko czy Ty to Nauczycielu zechcesz dostrzec i stworzyć płaszczyznę aby rozwinąć możliwości w nim?!
Bulwersującym dla mnie jest fakt, ciągłego narzekania wychowawców klas, nauczycieli na uczniów płci męskiej, słysząc negatywne sformułowania zaczynające się od zwrotów „znowu chłopcy…”, „jak zwykle chłopcy…”, „...mam więcej chłopców w klasie niż kątów…”. Zastanawiam się z czego to wynika, czy z tego, że zawód nauczyciela jest sfeminizowany czy tez z nieznajomości procesów rozwojowych różnych dla obu płci, oraz różnic osobowościowych wynikających z samej płci. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z człowiekiem, z uczniem. A przecież każdy z pedagogów na studiach poznał właściwości rozwoju człowieka, jego potrzeby, to czym się kieruje, potrafi zdiagnozować z czego może wynikać trudność w pracy z uczniem i w końcu ma paletę metod dydaktyczno – wychowawczych żeby nimi skutecznie zadziałać, w celu zniwelowania trudności czy zmotywowania do zmiany zachowania (nie mam na myśli straszenia uwagami, wezwaniem rodziców, czy negatywną oceną z zachowania itp.). Wiele sytuacji jest przewidywalnych, bo wynikają z rozwoju osobowego i związane są z wiekiem uczniów na danym poziomie kształcenia. W tym miejscu pragnę zauważyć też, że nie na każde dziecko podziała ta sama metoda a z klasami nie da się pracować schematycznie, gdyż jak każda ma swój charakter. Odchodzi się już dziś od metod dyscyplinujących na rzecz metod wspierających, co jest nie do przyjęcia dla wielu nauczycieli- i tych z np. 25 letnim stażem pracy, tych bardzo młodych, i tych, którym wydaje się, że wiedzą wszystko - którzy zapominają, że czasy się zmieniają, metody także i że człowiek podlega tym zmianom. Upierając się przy stereotypach nie chcą przyjąć, że można pracować lepiej, efektywniej, w dobrej atmosferze. Nauczyciele, którzy nie zapomnieli mówiąc banalnie „o tym, że świat się zmienia”, mimo upływu lat i dużych staży pracy, wciąż są ulubionymi „belframi”, do których uczniowie (większość uczniów, nie tylko klasowe „lizusy”) się garną, z którymi chcą przebywać.
A kiedy dziecko ma problem…
Przede wszystkim dziecko samo w sobie nie jest problemem ale może mieć jakąś trudność, kłopot. Kiedy rodzic ma problem w relacji z dzieckiem w domu nie biegnie po nauczyciela żeby mu problem rozwiązał, natomiast kiedy nauczyciel widzi trudność w pracy z dzieckiem biegnie po rodzica, o przepraszam, kanał jest nie co dłuższy: nauczyciel przedmiotu biegnie do wychowawcy, wychowawca bierze brzemię lub często brzemiona na siebie i biegnie z „bagażem” do rodzica, który w komunikacie od wychowawcy odbiera „twoje dziecko jest złe i ty jesteś przez to zły rodzicu”. Przykładem niech będzie „zeszyt uwag i pochwał”, w którym rzadkością są pochwały. Jak , logicznie myślący rodzić, powinien zareagować na uwagi typu: „…źle się zachowuje na lekcji…” – na jakie konkretne zachowanie ma zwrócić uwagę?; „…chodzi po klasie”, „…nie czyta podręcznika…”, „…skarży na kolegę…”- czego oczekuje nauczyciel pisząc takie uwagi, bo przecież to on jest na tej lekcji, pracuje z tymi uczniami, jest do tego przygotowany!. Jak można wyciągnąć konsekwencje z niewłaściwego zachowania ucznia/ dziecka np. na lekcji języka angielskiego, kiedy ten chodzi po klasie, nie pracuje z książką bo w taki sam sposób zachowuje się reszta klasy a problem tkwi z nieutrzymaniem porządku na lekcji?! To dylemat! Kiedy sytuacja się nasila - moim zdaniem obserwatora z braku właściwej diagnozy problemu i reakcji na problem - wychowawca zgłasza problem dla Pedagoga szkolnego. Przygotowany do pracy Pedagog, który często widzi problem, właściwie go diagnozuje, bada okoliczności, nawet znajduje rozwiązanie problemu (zaznaczam, że dziecko jako takie nie jest problemem samym w sobie) z niewiadomych powodów „odbija piłeczkę” najczęściej szukając winy w rodzinie ucznia… - co by sugerowało, że znowu rodzic winny bo jakże zwrócić uwagę, zaproponować np. wprowadzenie zmian metodycznych, podejścia czy zaprzestania jakiś działań dla koleżanki z pracy, która jest akurat wychowawczynią czy nauczycielką danego ucznia. A zdawałoby się, że pedagog powinien być wspierający, obiektywny i profesjonalny (w dobrym rozumieniu tego słowa) dla wychowawcy, rodzica a przede wszystkim ucznia. Niestety, często jest tylko kolejnym ogniwem wyolbrzymiającym istniejący problem niż tym, który szuka właściwego, efektywnego rozwiązania a przecież na studiach „narzędzia” do pracy z człowiekiem otrzymał. Znowu za sytuację jest winien rodzic, bo tak wychowuje dziecko, bo ma takie czy inne zasady, bo podważa autorytet nauczyciela itp. A przecież dziecko często w szkole zachowuje się inaczej niż w domu, co tłumaczy się tym, że w domu jest jeden a w szkole jest ich 30-tu. A jednak na różnych lekcjach tych 30-tu uczniów zachowuje się inaczej (na jednych rozrabia a na innych nie) w zależności od ustalonych zasad z nauczycielem przedmiotu i konsekwentnego przestrzegania ich.
A gdy rodzic przychodzi do szkoły…
Tyle się mówi i pisze na temat współpracy szkoły z rodzicami i na odwrót, jednak jak pokazuje rzeczywistość, rodzic jest potrzebny do wysłuchania informacji o szkole i klasie, do odebrania kartki z ocenami i podpisania uwag w odpowiednim zeszycie, czy tez na stronie dziennika. Gdy przychodzi zbyt często jest traktowany jak namolny petent w urzędzie, odsyłany od nauczyciela do nauczyciela, bo wychowawca „cierpi na dezinformację” o swoim wychowanku. Rodzic często traktowany z góry z zaznaczeniem przez nauczyciela „ja tu jestem autorytetem”. Bardzo nie lubi się świadomych rodziców uczniów (np. dzieci innych nauczycieli)- ale całe szczęście jest ich coraz więcej. Gdzie tu jest miejsce na współpracę?! Rodzic w szkole ma często dylemat- stanąć po stronie dziecka czy nauczyciela-a to już nie jest pedagogika! Może warto czasem się zastanowić czemu rodzice nie chcą przychodzić do szkoły, dlaczego milczą na wywiadówkach kiedy powinien trwać rozgorzały dialog? Dlaczego tak nie chętnie włączają się w prace w szkole (rada rodziców, trójki klasowe)? Czy naprawę nie chcą podejmować działań aby szkoła, do której uczęszcza ich syn czy córka, była bezpieczna, przyjazna i skuteczna w nauczaniu? Czy nie jest trochę tak ze strony szkoły czy konkretnego wychowawcy - „współpraca z rodzicem tak! ale na naszych warunkach, zasadach”. Tu nie ma płaszczyzny do współpracy.
Tą refleksją z przezywanej rzeczywistości jako świadomy rodzic, chce przypomnieć, że Ty Nauczycielu, Wychowawco pracujesz z CZŁOWIEKIEM. Masz ogromny wpływ (pozytywny lub negatywny) swoją postawą na kształtowanie się MŁODEGO CZŁOWIEKA a przez to społeczeństwa. Nie umniejszaj swojej roli kosztem zadań rodziców!
I tak zupełnie na koniec… Moja koleżanka, doświadczony nauczyciel i wychowawca, ulubiony belfer, wracała pociągiem w przedziale z grupą studentów, którzy przytaczali zabawne zwroty usłyszane od nauczycieli i sytuacje ze szkół niższego poziomu kształcenia (szk. podstawowa, gimnazjum, szk. średnia) i mieli wielki ubaw. Jednak po dłuższej chwili wtrąciła się z pytaniem, jakich nauczycieli cenili, jakich zapamiętali? I odpowiedz była jednoznaczna wśród całej grupy studentów- tych, którzy wymagali, rozumieli, umieli wytłumaczyć, postępowali fair.
Zyta Ewa Dapkun,
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|